Korpus dyplomatyczny, czyli o co chodzi z ambasadorami marki

Podejrzewam, że po tym poście znienawidzi mnie zdecydowana większość organizacji studenckich, kół naukowych, a kto wie, może nawet cała studencka brać zainteresowana zdobyciem prestiżowego tytułu Ambasadora marki. Cóż. Trudno.

źródło: troll.me

Imaginuj sobie: jesteś na wakacjach w dalekim kraju (powiedzmy, że ciepłym). Twój paszport zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, więc udajesz się do ambasady, gdzie, ponieważ jesteś bardzo ważną osobą, przyjmuje cię Pani Ambasador i po angielsku pyta skąd jesteś. Ty na to, że z Gdańska. A ona, że to fajnie i żałuje, że nigdy tam nie była. Mówisz, że Gdańsk jest fajny, ale że są też inne super miasta. Grzecznościowo pytasz skąd pochodzi twoja rozmówczyni. A ona na to, że z Tuluzy. Zależy ci żeby szybko załatwić swoją sprawę, ale ciekawość jest silniejsza i dopytujesz jak to jest, że Francuzka jest ambasadorką Polski. Pani Ambasador z rozbrajającym uśmiechem odpowiada że był konkurs i wygrała. Kurtyna.

źródło: 9gag

Jestem ogromną fanką programów ambasadorskich. Niezależnie od wielkości firmy i potrzeb rekrutacyjnych, wszystkich stać na zbudowanie marki pracodawcy w oparciu o ambasadorów. Ale jak to zwykle bywa, na takie programy jest wiele pomysłów.

Pierwszy i chyba najpowszechniejszy to domena dużych firm, które nawiązują relacje z organizacjami studenckimi, czy bezpośrednio z uczelniami i odpalają Super Projekt Rekrutacyjny „Zostań Ambasadorem (tu wpisz nazwę)”. Rusza duża promocja, aplikacja przez stronę i pewnie ze dwa etapy procesu, z rozmową kwalifikacyjną włącznie. Studenci dostają oczopląsu, bo nie wiedzą, którą firmę wybrać i gdzie się zgłosić, więc zgłaszają się wszędzie. EB Manager staje przed trudnym zadaniem zachowania zimnej krwi, kiedy z ust kolejnych kandydatów na dyplomatów padają pytania „czy mogę być w tym samym czasie ambasadorem firmy Y? Bo tam też mnie przyjęli” albo „Firma Y oferuje pięć stów miesięcznie, a wy co dacie?”.

źródło: bluntcard.com

Studenci aplikujący do udziału w programie, w przeważającej większości nie są szczególnie przywiązani do marki. Czasem nawet niewiele o niej wiedzą. Zdarzały mi się przypadki prowadzenia rozmów z osobami, którym myliły się nazwy firm, albo nawet nie weszły na stronę Kariery przed rozmową. Bywały też przypadki ambasadorów, którzy już po pierwszym spotkaniu znikali gdzieś w dyplomatycznej głuszy i nie dało się nawiązać z nimi kontaktu. I to wcale nie były bardzo oddalone placówki!

Szczęśliwa grupa wybrańców ma zaszczyt reprezentować firmę na swojej uczelni. Co oznacza mniej więcej tyle, że rozdają ulotki, wieszają plakaty, załatwiają sale na spotkania, wysyłają mailingi, organizują stoiska informacyjne i uśmiechając się ogłaszają wszem wobec, jaka firma X jest fajoska! W zamian dostają możliwość udziału w zjazdach ambasadorów, gdzie poza pogadankami i szkoleniami mają szansę się zintegrować na koszt firmy w drogich knajpach. Do tego opływają w gadżety i są na TY z pracownikami firmy. Biorą udział w stoiskach targowych, dostają referencje i wpis do CV ze znaną nazwą, a także… mogą wygrać nagrodę najlepszego ambasadora. Czasem też dostają pięć stów miesięcznie 🙂

źródło: thehumortra.in

Drugi typ ambasadorów to, nie ukrywam, mój ulubiony typ – ludzi, którzy w firmie są, albo byli. Kto lepiej opowie o pracy w firmie niż jej pracownicy??? Pewnie że fajnie brać udział w zjazdach i dostać podręcznik o ważnych wydarzeniach rekrutacyjnych, ale czy to jest to, czego oczekują kandydaci pytający na targach „jak się u was pracuje?” ? Wiele razy byłam świadkiem jak takie pytanie padało na bogu ducha winnego „zewnętrznego” ambasadora i rumieniec spływał na jego policzki. Bo co miał powiedzieć? „Nie wiem”?

źródło: pinterest

 

Nie ma lepszych ambasadorów od tych z wewnątrz. Koleżanki rekruterki w tym roku po raz pierwszy zorganizowały program letnich praktyk dla kilkudziesięciu osób. Większość z nich po trzech miesiącach stwierdziła, że chętnie będą ambasadorami. Poznali firmę i ludzi w niej pracujących. Nie na dwugodzinnym warsztacie, ale w ośmiogodzinnej pracy 5 dni w tygodniu. Znają słabe i mocne strony. Wiedzą komu się może ta robota spodobać, a kto całkowicie odpada. I to jest cenne źródło informacji dla kandydata.

Ale nie zatrzymujmy się na praktykach. Ilu praktykantów możecie potrzebować, a ilu potrzebujecie specjalistów? Czemu nie zaprosić do udziału w programie osób zatrudnionych w firmie od lat? Nie, nie trzeba im robić zjazdów ani pogadanek o misji i wartościach. Oni to wiedzą. Lubią tę robotę i może sami szukają kogoś do swoich zespołów. Na pytanie „jak się pracuje?” będą potrafili odpowiedzieć bez mrugnięcia okiem. Rozmawiając z potencjalnymi kandydatami, będą wiedzieli kogo zachęcać, a komu powiedzieć, że to chyba nie jest ścieżka dla nich.

źródło: someecards

Nie wyobrażacie sobie zabierać specjalistów w tournee po targach pracy? Nie trzeba. W przeciwieństwie do ambasadorów z naboru, ci wewnętrzni mogą się zaprezentować na zupełnie inne sposoby. Właściwy profil na Linkedin przyciągnie uwagę specjalistów i ekspertów. Udostępniane informacje o rekrutacjach, projektach firmowych czy zwyczajnie hobbystyczne, poszerzą zasięg dotarcia informacji. Warsztat na wybranej uczelni prowadzony przez eksperta trafi do kandydatów wiedzących, w którą zawodową stronę chcą pójść. Obecność ambasadora na wydarzeniach branżowych sprawi, że nie tylko podzieli się merytoryczną wiedzą z kolegami, ale może zainteresuje kogoś zawodową zmianą.

źródło: Laughtard

Ambasador wewnętrzny ma zdecydowanie więcej zalet niż wad. Jest wiarygodny, szczery, nie wymaga nakładów na dodatkowe gadżety i trafia dokładnie tam, gdzie chcesz. Nie musisz mieć dodatkowego budżetu. Jest tylko jeden, ale za to konieczny, warunek – musisz być dobrym pracodawcą, którego pracownicy CHCĄ promować. Nikt nie zechce być ambasadorem marki, której nie lubi.

Powiesz, że ludzie z firmy odchodzą? Owszem, tak jak i studenci na ambasadorskich stołkach się zmieniają i przechodzą z roku na rok do innej firmy. Nie byłam nigdy ambasadorem, ale nawet po odejściu z Deloitte śmiało mogę powiedzieć, że pracę tam polecam. I nie muszą mi (już!) za to płacić 🙂

Dodaj komentarz