To nie jest jeszcze wpis świąteczny*, czyli daj sobie czas

Ostatnio prowadzę sporo rekrutacji w bardzo różnych obszarach (z góry przepraszam wszystkich, którzy jeszcze nie dostali ode mnie odpowiedzi – obiecuję poprawę). Uwielbiam spotkania z kandydatami, bo dla mnie to jednak coś więcej niż tylko przesłuchanie podejrzanego o nienadawanie się na stanowisko. Lubię słuchać zawodowych historii życia, chociaż faktem jest, że często trzeba je wyciągnąć z kandydatów, bo boją się powiedzieć za dużo. Cóż, w niejednej pracy się było i różne rzeczy się widziało, więc wiele jestem w stanie zrozumieć. Są jednak takie sytuacje, kiedy po spotkaniu wracam do biurka i nie wiem, co ze sobą zrobić.

źródło: iwastesomuchtime.com

Wyobraź sobie, że idziesz do kawiarni, zamawiasz kawę i ciastko, a pan przy kasie zupełnie jakby nie słyszał, zaczyna ci opowiadać o ostatnim odcinku Bardzo Popularnego Serialu i o tym, że to zupełnie niemożliwe żeby A zabił B, bo przecież B zginął w katastrofie lotniczej, którą przeżył C, a później związał się z D. Pan przy kasie kontynuuje wypowiedź zupełnie ignorując Twoją wyciągniętą dłoń z zapłatą. Zdaje się nie słyszeć prób wtrącenia się „przepraszam, ale… kawę chciałam”. Tak też bywa z kandydatami, którzy, co oczywiste, są bardzo zdenerwowani. Czasem tak bardzo, że starają się zagadać sytuację. Dla rekrutera to twardy orzech do zgryzienia. Można przerywać i starać się zadawać pytania uszczegóławiające, można trzymać się standardowej listy pytań i odhaczać, co zostało powiedziane, albo można stwierdzić, że to ewidentny problem z komunikacją i dać sobie spokój. Wszystko jest oczywiście kwestią wyważenia, które umiejętności są nam bardziej potrzebne. Najgorzej kiedy okazuje się, że kandydat nie ma niezbędnych umiejętności merytorycznych, komunikacyjnie leży, a czas przepływa ci między palcami i bardzo, bardzo pragniesz już być gdzie indziej.

źródło: everythingfunny.org

Takie sytuacje bywają nawet zabawne – zwłaszcza, kiedy w rozmowie udaje się uspokoić kandydata na tyle, żeby przeszedł do meritum i koniec końców wszyscy są zadowoleni.

Jest jednak drugi scenariusz. Bywają kandydaci, po których od razu widać, jak bardzo mają dość. Wiem, bo przecież sama bywałam taką kandydatką. Patrzę na te osoby i widzę przepracowane nadgodziny, frustrujące środowisko, presję przełożonych. Widzę też, że są mądrymi i zdolnymi ludźmi, ale… zwykle jest jakieś „ale”.

W jednej z moich prac rozmawiałam z kandydatem, który bardzo chciał coś zmienić w życiu zawodowym. Oczywiście w związku z tym zaaplikował do mojej firmy. Niestety na pytanie „co się Panu najbardziej podobało w opisie stanowiska, czym chciałby się Pan zajmować?” odpowiedział „To może zacznijmy od kilku widocznych od razu rozbieżności, miedzy moimi kompetencjami, a Państwa oczekiwaniami”. W dalszej części rozmowy niepytany wciąż wracał do tego, czego nie umie, nie wie, nie próbował. A przecież tak niewiele trzeba, żeby o tym wszystkim opowiedzieć jako o szansie rozwoju, pragnieniu zdobywania wiedzy i w ogóle tęczowej otoczce swojej superaśności. Było mi przykro, bo widziałam przed sobą specjalistę, który zupełnie w siebie nie wierzy – mimo awansów, mimo doświadczenia, mimo zdobytej wiedzy.

źródło: love-personal.tumblr.com

Innym razem spotkałam specjalistkę w swojej dziedzinie, osobę znaną i cenioną, która ciężko opadła na krzesło i widziałam, jak ze wszystkich sił próbuje zebrać w sobie energię na tę rozmowę. Pytam często kandydatów, co lubią w swojej pracy i tym razem użyłam tego pytania. Nastała cisza. Milczenie, w którym czuło się tylko ten wysiłek, z jakim kandydatka próbowała sobie przypomnieć, co takiego w tej pracy lubiła.

Wierzcie mi, wiem jak czasem jest trudno i dlatego dla dobra kandydata nie mogę go/jej rekomendować. To nie kwestia miejsca pracy jest problemem. To zmęczenie materiału, którego nie da się nadrobić zaangażowaniem w nowe przedsięwzięcie, które będzie wymagało sporo wysiłku i energii żeby się wdrożyć. Czasem mam ochotę powiedzieć „proszę sobie tego nie robić”. Ale nie mówię.

źródło: pinterest

Nie wierzę w hasełka typu: „Nowy rok=nowa/y Ty”, ale wierzę, że czasem, jakkolwiek strasznie „kołczingowo” to  zabrzmi, trzeba się zatrzymać i dać sobie oddech. Zastanowić się, co się właściwie stało? Trzeba odpocząć, nabrać dystansu i wyrwać się z tego kołowrotu, najlepiej na dłużej niż długi weekend. Może warto samej/mu sobie zadać pytanie „co lubisz w tej robocie? Czym chcesz się zajmować?”. Potem pomyśleć i trzymać kciuki, żeby nie zapadła krępująca cisza.

źródło: pinterest

To jeszcze nie jest wpis świąteczny, ale już teraz bardzo mocno wam życzę, żebyście mogli wziąć dłuuugi urlop i trochę o sobie pomyśleć, tak na wszelki wypadek.

 

One Reply to “To nie jest jeszcze wpis świąteczny*, czyli daj sobie czas”

  1. […] a tym samym przygotujmy się to tego, aby zaprezentować się w dobrym świetle. Świetny wpis na niemowdomniekadrowa.com.pl – polecam […]

Dodaj komentarz