Majówka, czyli jak odpoczywać nieefektywnie

Czy ktoś z Was  pamięta jeszcze pochody pierwszomajowe? Ja pamiętam, że kazali nam robić w przedszkolu flagi, a później z nimi maszerować. Ale najfajniejszy był moment, kiedy się cichaczem z marszu z mamą zrywałyśmy i szłyśmy na oranżadę w woreczku i watę cukrową. Jeśli nie sięgacie tak daleko pamięcią, to kiedyś musimy się umówić na wspominki historyczne. Dziś święto pracy to majówka, grill, promocja na sześciopak piwa i środki przeciw komarom. No i oczywiście nerwowe spoglądanie na prognozę pogody.

Moje świętowanie w tym roku przyszło trochę wcześniej – wybrałam się na tygodniowy urlop przedmajówkowy, bo jakoś długie weekendy do mnie nie przemawiają (za duży tłok). Nie marudzę, bo to był świetny tydzień, ale z tyłu głowy ciągle majaczyła myśl o pracy.

źródło: pinterest

Znacie ten scenariusz, że zanim pójdzie się na urlop trzeba przygotować się do urlopu? I nie mam na myśli zakupu kremu z filtrem i nowego kostiumu kąpielowego (bo stary się jakby sprał i skurczył). Chodzi o podomykanie wszystkiego, co się da podomykać przed wyjściem z biura. Nagle czujesz potrzebę podsumowania wszystkich projektów, odpowiedzi na wszystkie maile, nawet te, które dotyczą spraw bardzo przyszłych, przekazania zadań nawet najmniej istotnych, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś dzwonił. Wszyscy współpracownicy muszą dostać informację, że cię nie będzie i kiedy wrócisz oraz jak sobie z tym faktem poradzić. Robisz listę „tudusków”, a następnie realizujesz ją krok po kroku choćby to miało znaczyć siedzenie do wieczora w robocie. I tak w kilka dni przed urlopem odrabiasz wszystkie urlopowe godziny… żeby nie mieć poczucia winy, że nie pracujesz. Macie tak? Mam nadzieję, że nie, bo to strasznie męczące.

źródło: Cheezburger.com

Jeszcze gorzej robi się, kiedy już spakowani, z aparatem na szyi i przewodnikiem w ręku lecicie na wymarzone wakacje. Macie powiedzmy cztery dni „relaksu” na zagranicznej wycieczce. Marzyliście o tym od tygodni (a jeśli jesteście mną, to od miesięcy). Wszystko gotowe i co? I czujecie się jak te konie w boksach startowych. Cztery dni, jedno miasto, X miejsc do zaliczenia. Bo przecież będąc tu MUSISZ zobaczyć, spróbować, posłuchać. Daj się ponieść. Zaszalej. I pamiętaj żeby KONIECZNIE zmieścić w planie wycieczki 489 punktów, bez których nie możesz wrócić do domu!

Tak powstaje lista wakacyjnych „tudusków”. Kalendarz z godziną pobudki i rozpiską co i kiedy będziesz oglądać. Czego masz doświadczyć. Pamiętaj, że ze wszystkim musisz zdążyć. Kolekcjonuj wspomnienia! Coś ci to przypomina?

źródło: pinterest.com

Bardzo lubię swoją pracę i czuję się za nią odpowiedzialna. Pewnie dlatego, chociaż cieszyłam się na swoje krótkie wakacje, ostatni tydzień przed wyjazdem był dla mnie nerwowy. W dodatku postanowiłam sobie „wykorzystać ten urlop na maksa!”. Zupełnie jakbym chciała zrealizować swoje cele na 110%, tyle że nikt mi za to nie da premii. Przyznam, że nawet miałam plan! Chociaż jestem gorącą zwolenniczką odwoływania planów. Tym razem też mój plan musiał się zmienić, bo… zaspałam. I nagle okazało się, że nie uda mi się zrobić wszystkiego, co chciałam i zobaczyć wszystkiego, co trzeba zobaczyć. Trochę podłamana, jak tylko udało mi się wygrzebać z łóżka (14 godzin snu robi swoje!) udałam się do najbliższej sieciowej kawiarni. Zamówiłam, usiadłam i tak sobie pomyślałam „o jak fajnie”. Jak fajnie nie biec i nie odhaczać na liście zaliczonych atrakcji. Jak fajnie wyjść z kawiarni bez planu dokąd się udać. Spojrzeć na google maps co fajnego można zobaczyć w okolicy i tam pójść. A tam wygooglać kolejne miejsce. Idąc do niego zagapić się na coś i zapomnieć dokąd się szło. A później wrócić na kwaterę całkiem zmęczonym i nie do końca umieć opowiedzieć gdzie się było wiedząc tylko, że było fajnie.

źródło: pinterest.com

Praca jest dla mnie ważna, jak dla większości ludzi. Ciągle pojawiają się badania i publikacje o istotności pracy, czy spełnienia zawodowego w życiu człowieka. Awanse, osiąganie celów, satysfakcja zawodowa, podwyżki i tak dalej i w kółko Macieju. W końcu docieramy do work-life balance, które już nie jest równowagą życia zawodowego i prywatnego, bo obecnie mówi się o dopasowaniu obu tych sfer. I wszystko fajnie, tylko czemu to częściej życie prywatne dopasowuje się do zawodowego? Mam wrażenie, że w tym zawodowym zakręceniu coraz więcej wzorców z pracy przerzucamy na życie prywatne. Organizujemy, planujemy, realizujemy, osiągamy. Nawet odpoczynek staje się projektem. A kiedy coś w projekcie nie działa pojawia się stres i frustracja. I nici z odpoczynku.

Święto pracy, świętem pracy, ale może by tak spędzić je na lenistwie? Bez spiny i planu. Bez budzika i rozpisanego kalendarza. Bez harmonogramu grillowych wejść i wyjść. Żeby po tej majówce przyjść do roboty nie bardziej zmęczonym niż się z niej wychodziło.

źródło: pinterest.com

Dodaj komentarz