Brzydkie słowo na „P”

Pieniądze to nie wszystko, ale jak mawiał klasyk „wszystko bez pieniędzy to @#$%”. Pieniądze to brzydkie słowo, na którego brzmienie ciarki przechodzą po plecach menedżera, rekrutera, kandydata i pracownika. Jakie jest najbardziej znienawidzone pytanie na rozmowie rekrutacyjnej? „Jakie są Pani/Pana oczekiwania finansowe”. Jakie jest drugie najbardziej znienawidzone pytanie na rozmowie rekrutacyjnej? „Czy to kwota do negocjacji?”. O ile życie byłoby łatwiejsze gdybyśmy umieli normalnie rozmawiać o finansach.

źródło: pinterest

Od lat powtarzam, że z pracą jest jak ze związkiem dwojga ludzi – trudno znaleźć tę idealną parę, rozmowy kwalifikacyjne przypominają randki, na których wszyscy chcą wypaść jak najlepiej, a później dopada nas szara rzeczywistość. I o ile bardzo cenimy sobie szczerość u drugiej strony, sami mamy z nią poważny problem. Chcecie zapytać, „ale jak to?”. A no tak to. Pracodawca zwykle wpisuje w ogłoszeniu „atrakcyjne wynagrodzenie”, a w zasadzie robi ctrl+c, ctrl-v z oferty na ofertę, nawet się nie zastanawiając co oznacza „atrakcyjne” (niektórzy lubią krępych brunetów, a inni wysokie blondynki c’nie?). Kandydaci za to podają na rozmowie kwalifikacyjnej możliwie najniższą kwotę (jak na jakiejś dzikiej licytacji „kto da mniej”) zawsze oczywiście do negocjacji, a kiedy im się ją oferuje są zawiedzeni, że tak mało.

źródło: pinterest

Jestem jedną z tych strasznych hareowych bab, które zadają pytanie o oczekiwania finansowe. Na palcach jednej ręki mogę policzyć przypadki, kiedy kandydat odpowiedział konkretnie i bez owijania w bawełnę. Czasem pytam też o możliwość negocjacji, przedstawiając co, poza zasadniczym wynagrodzeniem, możemy zaoferować. Dwa razy usłyszałam, że kwota nie podlega negocjacjom. Byłam pod wrażeniem. Pozytywnie. Bywają sytuacje, kiedy odpowiedź na pytanie o oczekiwane zarobki zamienia się w listę uzasadnień. „Mam kredyt, nie chcę zmieniać na mniej płatną, dojazdy, przedszkole, itd”. Z całym szacunkiem, ale wiem, że pieniędzmi z wynagrodzenia nie pali się w kominku (albo nie robi się tego często), ale zaspokaja nimi potrzeby. Sama tak robię. Pytanie o pieniądze nie jest pytaniem o to jakie masz rachunki i ile musisz zarabiać. Nie chcę tego wiedzieć. Zdarza mi się prowadzić rozmowy w towarzystwie świetnych menedżerów, którzy przerywają taką litanię tłumacząc, że chcą wiedzieć, jaka kwota będzie dla kandydata/kandydatki satysfakcjonująca. Proszę wtedy, żeby podał/a sumę, z której będzie zadowolona/y. Po co zatrudniać człowieka za najniższą możliwą kasę, jeśli można swobodnie założyć, że za chwilę albo sfrustrowany przyjdzie po podwyżkę, albo szybko znajdzie coś lepiej płatnego? Przecież taki mamy klimat! I nie ma się co obrażać.

źródło: pegitboard.com

Zwykle w najgorszej sytuacji są kandydaci bardzo młodzi, dopiero wchodzący na rynek pracy. Często to osoby, które jeszcze mieszkają z rodzicami, albo dopiero planują coś wynająć. Nie mają rozeznania w prowadzeniu domowych finansów, nie znają stawek rynkowych. Takim osobom nie umiem pomóc. Jedyne co mogę zrobić, to poprosić żeby się na spokojnie zastanowili w domu i wrócili do mnie z odpowiedzią. Na szczęście dla mnie i dla kandydatów jest już fajne rozwiązanie tego problemu. W ubiegłym miesiącu został odpalony nowy portal pracy dla młodych ludzi rozpoczynających zawodową przygodę (celowo nie piszę karierę, bo jakoś mam alergię ostatnio na to słowo) – YEP Academy. Na stronie poza tradycyjnymi ofertami pracy można znaleźć materiały dotyczące różnych zawodów, artykuły z poradami czy testy osobowości pomagające sprofilować się zawodowo. No i oczywiście jest kalkulator wynagrodzeń, w którym odpowiadając na 12 pytań możesz wyliczyć ile musisz zarabiać (netto), żeby było cię stać na życie, jakie chcesz prowadzić. To świetne rozwiązanie nie tylko dla młodziaków. Sama skorzystałam i muszę przyznać że daje do myślenia.

źródło: quickmeme.com

Zakładając, że kandydaci już wiedzą czego finansowo oczekują, zakładając, że są w stanie udzielić tej informacji szybko i konkretnie, musimy się zmierzyć z jeszcze jednym, odwiecznym i coraz bardziej palącym problemem – jawność widełek wynagrodzenia. Westchnęliście ciężko? Ja wzdycham bardzo często. Rekrutuję do IT – i wszystko jasne. Zatajanie proponowanego wynagrodzenia do zaawansowanego etapu rekrutacji to smutna reguła na naszym rynku. To śmieszne, bo mówiąc szczerze, jeśli ktoś działa w swojej branży jakiś czas, albo jeśli potrafi używać googla, jest w stanie dowiedzieć się jakie stawki „chodzą” na rynku. Każdy kandydat, który wychodzi z procesu z informacją, że jego oczekiwania przekraczają nasze możliwości, wie jaki mamy limit i może ujawnić taką informację na rynku. Ludzie w swoich branżach się znają lub znają kogoś, kto zna kogoś. Poziom wynagrodzeń jest często tajemnicą poliszynela, ale my idziemy w zaparte. TAJNE.

źródło: someecards.com

Według mnie są dwa zasadnicze problemy z ujawnianiem poziomu wynagrodzenia. Po pierwsze firmy zawsze chcą płacić najmniej jak się da. Podanie widełek powoduje, że pokazujemy kandydatom ile mamy kasy i odbieramy sobie odwieczny argument negocjacyjny „to wykracza poza nasz budżet”. Znam sytuacje, gdzie przy pięciocyfrowym wynagrodzeniu menedżerowie negocjowali 500 zł brutto. Biorąc pod uwagę koszt prowadzenia rekrutacji i koszt wiszącego wakatu chyba warto dać te 500 zł, żeby zamknąć proces i rozpocząć wdrożenie nowej osoby (mówimy o przypadku osoby, która pozytywnie przeszła weryfikację merytoryczną na stanowisko). Szukanie oszczędności w wynagrodzeniach nie zawsze jest najbardziej racjonalnym podejściem (w obecnej sytuacji rynkowej, w ogóle nie jest racjonalne). O ile klarowniejsza jest sytuacja, w której mówimy „na tym stanowisku, w zależności od poziomu kompetencji, płacimy od x do y”. Kandydaci aplikujący już wiedzą, na co mogą liczyć. Osoba, która decyduje się złożyć aplikację wie, że nie dostanie więcej niż y i my wiemy, że to kwota, którą mamy zaplanowaną w budżecie i możemy potraktować jako wydaną. Ile na tym zyskujemy? Nie wiem, ale jestem otwarta na przeprowadzenie badania.

źródło: pinterest

Drugi problem z jawnością wynagrodzeń to polityka wynagrodzeń w firmie. Znana haerowa prawda mówi, że „nowy” zawsze zarabia więcej. Tak często wyglądają polityki – na wejściu dostajesz kwotę X, a następnie walczysz o podwyżki (dlatego na rozmowie o pracę trzeba mówić ile się chce zarabiać, a nie jakie jest moje minimum!). Czasem walczysz bardziej skutecznie, czasem mniej. Pracujesz, może nawet lubisz swoją pracę. Kasa nie jest zła i chociaż wiesz, że mogłaby być lepsza, jest ci całkiem wygodnie. Na tyle wygodnie, że przestajesz się interesować tym, jak to wygląda gdzieś indziej. Ale zarządzający muszą się interesować i muszą być przygotowani, że nowej osobie na równorzędne twojemu stanowisko muszą zapłacić 25% więcej. Takie są stawki rynkowe. Dla nowych. Dlatego wyobraź sobie zdziwienie pracownika, który otwiera ogłoszenie rekrutacyjne swojej firmy i widzi proponowane wynagrodzenie o jedną czwartą wyższe niż swoje. Co wtedy robi? O ile nie kocha szczerze swojego pracodawcy (a pamiętaj, pracodawca rzadko odwzajemnia miłość) rzuca robotę i idzie tam, gdzie potraktują go rynkowo. Dlaczego nie traktować rynkowo nie tylko kandydatów, ale też naszych pracowników? Tu wracamy do „po pierwsze”. Bo firma chce zawsze płacić najmniej!

źródło: yourecards.com

Czy jest rozwiązanie godzące potrzeby kandydata i pracodawcy? Marzy mi się standard ogłoszeń o pracę zawierający informację o poziomie wynagrodzenia. Nawet jeśli widełki miałyby być szerokie, nadal mają granice. Marzy mi się, że rozmawiamy o pieniądzach otwarcie i poważnie. W obie strony. Co prawda pieniądze szczęścia nie dają, ale satysfakcją z pracy jeszcze nikt się nie najadł (nie spłacił kredytu, nie kupił ciuchów, ani nie wyjechał na wakacje…). Powoli proces „widełkowania” kiełkuje. Na razie przoduje w tym branża IT, ale miejmy nadzieję, że to tylko kwestia czasu, kiedy jawność wynagrodzeń bujnie rozkwitnie.

źródło: 9gag.com